Moja choroba

KU PRZESTRODZE! Czyli ludzie listy piszą

Koniec każdego upływającego roku jest okazją do przemyśleń, podsumowań i analiz swojego postępowania i to w każdym aspekcie.

Dla mnie osobiście odchodzący w przeszłość rok był obfity w dramatyczne chwile, które chciałoby się szybo zapomnieć. Ponieważ wiele osób miało lub będzie miało podobny scenariusz, chciałbym się z Czytelnikami Biuletynu podzielić swoim doświadczeniem. Myślę, że ku przestrodze!

Początek nowego 2007 roku zapowiadał się jak zwykle dobrze.

Zaczął się normalnie, a ja zajęty swoimi codziennymi obowiązkami nie przeczuwałem zła i niebezpieczeństwa, które potajemnie się na mnie czaiło. Trudno zresztą było czegokolwiek złego się spodziewać, jako że byłem zdrowy i czułem się świetnie. W tym przekonaniu utwierdzały mnie wyniki badań laboratoryjnych, które dwa razy w roku wykonywałem. Uważałem także, że jestem odpowiednio zabezpieczony, gdyż zażywałem codziennie suplementy diety, które sprawiła mi w prezencie moja córka jeszcze w ubiegłym roku.

A jednak!

Tak niespodziewanie w połowie lutego doznałem silnego krwotoku z narządu płciowego, co wprawiło mnie nie tylko w rozpacz i zdenerwowanie, ale i przeżyłem szok psychiczny. W tym samym dniu znalazłem się w gabinecie lekarskim prof. dr. hab. n. med. Zbigniewa Kwiasa, znanego nie tylko w Polsce, ale i w Europie, specjalisty urologa. Jakież było moje zdziwienie, kiedy usłyszałem z ust profesora, że musimy spokojnie wykonać niezbędne badania, a przede wszystkim biopsję prostaty, która cechowała się znacznym już przerostem, o czym wcale nie wiedziałem. W wyznaczonym terminie przeprowadzona została biopsja, a wyniki przekazane do laboratorium. Tak się złożyło, że wyniki były do odbioru na tydzień przed świętami Wielkiej Nocy. Zabrakło mi jednak odwagi, tak jak większości mężczyzn, i wyniki odebrałem kilka dni po świętach. Usprawiedliwiałem jednak siebie tym, że święta chciałem spędzić spokojnie z najbliższą rodziną. Tak też było, chociaż nie do końca. W kilka dni po świętach odebrałem swoje wyniki. Co teraz będzie? Usiadłem na ławce w holu budynku przy windzie i czytam: rak prostaty zajmuje 70% powierzchni badanej.

Koniec świata.

Zamurowało mnie, zbladłem, nogi się zachwiały, cały zadygotałem, ciemno w oczach i wielki strach. Pierwsza myśl: to wyrok śmierci. Natychmiast oprzytomniałem i przypomniałem sobie, że wiele lat wcześniej w mojej rodzinie dziadek i ciocia mieli raka.

Mój Boże! A teraz – ja!? Z trudem zawlokłem się do domu, no i w tym samy dniu zaraz do mojego profesora z wynikami. Wrażliwy profesor spokojnie odrzekł, że nie ma problemu, prostatę trzeba usunąć i będę zdrowy. Tak się złożyło, że moja wizyta u profesora zbiegła się z moimi 62 urodzinami. Jednym słowem – akurat teraz mój osobisty dramat. Nie zastanawiałem się jednak, nie miałem ani siły ani czasu, więc podjąłem męska decyzję – usuwamy.

Po trzech tygodniach od tego momentu znalazłem się w Klinice Urologicznej XXI Wieku w Poznaniu przy ulicy Szwajcarskiej 3. Był to dla wszystkich pacjentów niekorzystny moment psychologiczny, gdyż media trąbiły już od dłuższego czasu, że służba zdrowia będzie wkrótce strajkować i akurat 21 maja, jak miałem wyznaczony termin, miał się rozpocząć strajk generalny. Ile media, radio i telewizja czynią szkody społeczeństwu, to się w głowie nie mieści. Zgłosiłem się do szpitala i zostałem przyjęty. O żadnym strajku nie było mowy, nikt o nim nie myślał. Z duszą na ramieniu wytrwałem cztery dni, które były niezbędne do przeprowadzenia wszystkich szczegółowych badań. W tym czasie, mimo swojego wieku, całkowicie dojrzałem. Uznałem, że podjęta wcześniej przez mnie decyzja jest słuszna. Nie było to dla mnie łatwe, ponieważ w swoim życiu nie chorowałem. Ostatni raz, czterdzieści lat temu. Drugi mój pobyt w szpitalu, no i tak poważna operacja prostatektomii. Wystarczyły trzy i pół godziny i było po wszystkim. Moja rekonwalescencja przebiegła dość szybko i bez powikłań. Po niespełna dwóch tygodniach byłem już w domu i czułem się świetnie.

Dzisiaj, kiedy piszę te słowa, minęło już osiem miesięcy od tamtych dni. Czuję się dobrze, funkcjonuję normalnie, wykonuję wszystkie swoje zajęcia życiowe i to bez żadnych ograniczeń i jestem szczęśliwy. Mój kochany profesor miał rację. Jak to mówią, Polak to człowiek mądry po szkodzie, bo jakże inaczej!? Dzisiaj żałuję, że kiedy ukończyłem 50 lat nie udałem się do lekarza urologa. Uważałem, że mnie to nie dotyczy. Na swoje usprawiedliwienie mówię sobie – byłem zdrowy, czułem się świetnie i wcale mi do głowy – człowiekowi wykształconemu – taka myśl nie przyszła. Jakże to było mylne spojrzenie, a później było już za późno. Dzisiaj także wiem, że nie bez znaczenia były dla mnie suplementy, które spożywałem. Jakże prezent mojej kochanej córki okazał się zbawienny. Trudno w to uwierzyć, a jednak tak!

Drugim szczęśliwym dla mnie aspektem był trafny wybór lekarza urologa, jednego z najlepszych w kraju, a jak się później okazało także i w świecie, specjalistów..

Myślę także, że w tej trudnej dla mnie próbie życiowej pomogła mi muzyka i optymizm z nią związany. Jako drugi mój zawód, muzyka uratowała mi życie.

W moim przypadku hasło stowarzyszenia RAK TO NIE WYROK stało się i jest bardzo aktualne i prawdziwe. Warto w nie uwierzyć.

Przy tej okazji pragnę zachęcić wszystkich mężczyzn po pięćdziesiątce do badań, edukacji i mądrości, a także konsolidacji z odwagą nam przecież wrodzoną.

Tą drogą chce przede wszystkim podziękować Panu Profesorowi dr. hab. n. med. Zbigniewowi Kwiasowi – Kierownikowi Kliniki Urologicznej w Poznaniu, a także wszystkim lekarzom z ordynatorem na czele oraz pielęgniarkom oddziałowym i dyżurnym za pomoc, profesjonalizm i serce podczas całego mojego pobytu w szpitalu.

Mamy najwspanialszą służbę zdrowia na świecie, tak niedocenianą i upokarzaną. Kochajmy i szanujmy ją, i pomóżmy jej. Nasi lekarze i pielęgniarki, a także inni pracownicy służby zdrowia zasługują na szacunek i podziękowanie. Bóg im zapłać!!!

A my pacjenci, Polacy, uważajmy, że MĄDROŚĆ to najwspanialsza cecha człowieka, a tak rzadka w naszym codziennym życiu.

Z poważaniem

Stanisław Kaczor


Nie wiedziałem, że rak prostaty to nie wyrok

Zbliżały się wakacje, pora wypoczynku, relaksu, odprężenia. W wyobraźni królowało morze, słońce i plaża. Dobre samopoczucie, optymizm, spontaniczność i niekwestionowana chęć do życia towarzyszyły mi codziennie. Swoje 56 lat uznawałem za właściwy wiek do korzystania z życia. Nakreśliłem plany na najbliższą przyszłość. Zaplanowałem wczasy. Pomyślałem o wyjeździe do sanatorium, zrobiłem badania. Zapewne zapytacie, skoro facetowi tak dobrze na tym świecie, to, jaki sens ma jego wypowiedź na łamach „Gladiatora”.

Otóż w swojej dbałości o zdrowie, przy okazji badań do sanatorium poprosiłem o skierowanie do urologa. W dniu 21 maja 2008 r. badanie przeprowadziłem w Niepublicznym Zakładzie Opieki Zdrowotnej „Lekarze Urolodzy” w Łasku. Wynik badania radiologicznego brzmiał: „w płacie lewym stercza niewielka zmiana, podejrzenie o TU”. Potem wszystko potoczyło się szybko. Badanie PSA, biopsja i w dzień moich imienin, czyli 3 czerwca zapadł wyrok: Adenocarcinoma prostata G 1, Gleason 2+3.

Mój poukładany świat legł w gruzach. Zmierzenie się z tą prawdą było przerażające. Niedowierzałem, szukałem innej prawdy. To był niewątpliwie cios, z którym przyszło zmierzyć mi się za wcześnie. Zdecydowanie za wcześnie. Wielka chęć życia, wielkie zaangażowanie w życie swojego środowiska, wszelkie plany na fajną starość, to wszystko w mgnieniu oka straciło na wartości. Dwa krótkie wyrazy „rak prostaty” dały tak dużo niepewności i niepokoju, że momentami odbierały chęć do życia i przyciemniały słońce w upalne dni tego lata. Kilka razy czytany ten sam numer Biuletynu, kilka razy, a może więcej czytałem ten sam artykuł, żeby zrozumieć, żeby nabrać sił do walki, żeby nie załamać się i spróbować zawalczyć o swoje życie.

W ciągu dwóch następnych dni znalazłem się w Klinice Urologii Instytutu Chirurgii Centralnego Szpitala Klinicznego WAM w Warszawie. Z ust lekarza padła wtedy konkretna propozycja: radykalne wycięcie wszystkiego, co jest związane z prostatą (Prostatectomie radicalis). Szybka decyzja i wyznaczony termin operacji – 1 lipca br. To była bardzo trudna decyzja, ale chcąc powrócić do zdrowia, postawiłem wszystko na jedną kartę.

Dręczyło mnie wiele pytań, na które nikt nie potrafił dać jednoznacznej odpowiedzi. Byłem sprawnym, w pełnym tego słowa znaczeniu mężczyzną, a rysująca się przede mną przyszłość wyglądała mrocznie. Przytłaczająca niepewność budziła mnie każdego dnia i odbierała sen w nocy. Czułem się zmuszony do zmiany hierarchii wartości. Szukałem wsparcia, szukałem potwierdzenia dobrze podjętej decyzji, szukałem zachęty do podjęcia walki z chorobą. Chociaż czułem wewnętrzną siłę do pokonania choroby, jednak ginęło mi „ światełko w tunelu”. Walka z samym sobą i nieustanna myśl, że to nie ja powinien być chory, przy dzisiejszej wiedzy medycznej zaczynały kiełkować nadzieją. Otrzymałem wsparcie psychiczne, które dodało mi sił i wiary. Poczułem, że to nie musi być wyrok, że ta choroba jest do pokonania.

Dziś jestem po operacji. Oczywiście są sprawy, które mnie niepokoją, mam pytania, na które życie da mi odpowiedź w późniejszym terminie, ale czuję się dobrze. Wiem, że z czasem będzie jeszcze lepiej. Jestem szczęśliwy, że zaufałem lekarzom, że podjąłem słuszną decyzję, a moje plany w zasadzie nie uległy zmianie. Precyzyjnie stosuję się do zaleceń lekarskich. Mój organizm zdrowiejąc systematycznie daje mi odpowiedzi na moje trudne pytania. Długo pewnie jeszcze poczekam na przywrócenie innych funkcji, ale jestem cierpliwy. Ufam, że będzie dobrze. Wykonane we wrześniu badanie PSA po 70 dniach od operacji utwierdziło mnie w przekonaniu, że wybrana przeze mnie droga była właściwa. Szybka i konkretna decyzja była najsłuszniejsza, a efekty znakomitej pracy lekarzy pokazał wynik PSA na poziomie 0,01.

Kiedy pierwszy raz wziąłem w rękę „Gladiatora” nie pomyślałem, że będę jednym z wielu dotkniętych tą chorobą. Dziś wiem, że silna wola przezwyciężenia choroby, optymizm i pomoc najbliższych są bardzo ważnymi elementami w walce z każdą chorobą. Wiem, że rak prostaty to nie jest wyrok, a obdarzając lekarzy zaufaniem dajemy sobie kolejną, jakże bardzo ważną szansę na przeżycie wielu przyjemnych i ciepłych chwil w naszej jesieni życia.

Leszek Olczak

Nasi przyjaciele