Seks po sześćdziesiątym roku życia

W cyklu wykładów szkoleniowych organizowanych w warszawskim Centrum Onkologii dla słuchaczy Stowarzyszenia „Gladiator”, swoje uwagi i spostrzeżenia przedstawił wybitny seksuolog prof. Lew Starowicz. Jego prelekcja spotkała się z ogromnym zainteresowaniem nie tylko ze względu na atrakcyjny temat, ale i wagę w jego przedstawieniu przez Pana Profesora.

W sprawach seksu wiele się zmieniło na przestrzeni ostatnich 50-70 lat. Jeśli zapytać naszych dziadków, jak to wtedy wyglądało, to po pierwsze żyło się krócej, a oni, z wielkimi brodami i wąsami, wyglądali jak staruszkowie. Kobiety współżyły seksualnie do czasu menopauzy, gdyż współżycie miało na celu rodzenie dzieci. Tęskniły nawet do tego, gdyż męczył je jednostajny cykl: ciąża – poród i wreszcie mogły odpocząć. Paniom po pięćdziesiątce pozostawało już tylko zajmować się wnukami i dewocją.

Mężczyźni byli o kilka lub kilkanaście lat starsi i na ogół nie mieli już większych potrzeb seksualnych, chociaż zdarzały się krzepkie wyjątki. Mężczyzna w wieku lat sześćdziesięciu nie miał już specjalnej ochoty na seks, bo swoje zrobiły np. cygara ze względu na zwężenie naczyń krwionośnych. A ci, którzy jeszcze mieli pewne możliwości, korzystali z oferty domów publicznych lub rezygnowali z seksu w imię wyższych celów. Mężczyźni wtedy się nie masturbowali, gdyż masturbacja uchodziła za postępek grzeszny lub zagrażający zdrowiu.

Ze wspomnień lekarzy z tamtych czasów wynika, że problemy pojawiały się, gdy mężczyzna w „słusznym” wieku miał młodą żonę i chciał być sprawny seksualnie. Jednym ze sposobów były zastrzyki ze strychniny, picie wina, konsumowanie orzeszków cola, witamin, zażywanie słynnej johambiny, stosowanie muszki hiszpańskiej itp. I tak pobudzeni przez chemię mężczyźni mogli z siebie coś niecoś wykrzesać. Ale aktywność seksualna powyżej 55 roku życia dotyczyła niewielkiej populacji mężczyzn.

Nasi przyjaciele