Patron

Prof. Tadeusz Koszarowski (1915–2002)

Tadeusz Koszarowski „Urywki Wspomnień”, opracowanie redakcyjne – Edward Towpik – Warszawa 2006

Patronem Stowarzyszenia Mężczyzn z Chorobami Prostaty „Gladiator” jest prof. Tadeusz Koszarowski. Poniżej przypominamy sylwetkę naszego Patrona, nakreśloną przed kilku laty w Gazecie Wyborczej w dodatku Stołecznym z cyklu „Pożegnania”.

Odszedł profesor godny, z najprawdziwszym intelektem i postawą wobec nauki, ludzi i obowiązku – Tadeusz Koszarowski. Tak w pół zdania się oddalił. Nie gasł w „majestacie choroby”. Mało znał szpitalne łóżko i „bycie pacjentem”. Zwykle to On podchodził do łóżka cierpiącego z wiedzą, słowem i ciepłem pomocnej ręki. Był prawdziwym lekarzem, który oprócz wielkiego zadania doskonałego chirurga, naukowca i dyrektora, pierwszego (tylko nie wiem, czy wśród równych) onkologa miał czas na walkę o szansę tworzenia, organizowania, czczenia właściwych wartości, udział w światowej nauce, na poznawanie świata we wszystkich aspektach piękna, na przystosowanie się do najbardziej szarej rzeczywistości, w jakiej przyszło Mu żyć i działać.

Musiał znaleźć w sobie siłę i motywację, aby w imię dobra chorych pukać do drzwi czerwonych gabinetów bez partyjnej legitymacji, mając za sobą jedynie moralny paszport lekarskiej godności i czystego, czytelnego celu. Tym celem było budowanie onkologii w Polsce, stworzenie dostępności do diagnozy i leczenia w walce z narastającym zagrożeniem, chorobą zwaną rakiem. Profesor Koszarowski dokładnie określił dziedzinę zajmującą się tym zagadnieniem, czyli onkologię. Ułożył całą mapę jej ośrodków leczniczych i badawczych, a potem wymarzył, obmyślił i zbudował ursynowskie Centrum, monumentalną kontynuację „Skłodowskiego” Instytutu Radowego przy Wawelskiej.

Odszedł w roku 70-lecia otwarcia Instytutu Radowego Wielkiej Marii. Widać Bóg powiedział dobitnie: „finis coronat opus”. Profesor przeżył wiele chwil, kiedy miał prawo do tego cytatu, był bowiem wytrwały i skuteczny. Jako dyrektor miał swoją tajemnicę w postaci talentu organizacyjnego, spokoju i konsekwencji. Pracował przy pustym biurku, nie gubił się w stosach papierów, bacznie obserwował swych współpracowników, aby we właściwej chwili powierzyć im zadania adekwatne do ich kwalifikacji i zdolności. Potem już tylko konsekwentnie, acz taktownie sprawdzał. Myślę, że rzadko się mylił. Wychował licznych chirurgów onkologów, nauczył ich rzetelnej i eleganckiej metody, bowiem chirurgia może być rzemiosłem lub sztuką. On uczył sztuki. Można śmiało powiedzieć, że dał chirurgii certyfikat szlachectwa.

Urodzony w Brazylii wszystkie nauki odbywał w Warszawie. Wychowany w rodzinie inteligenckiej otrzymał odpowiednią edukację humanistyczną i patriotyczną, już wtedy pokochał dzieje świata antycznego i mądrość jego wielkich. Ukończył Gimnazjum Księży Marianów na Bielanach, a potem Gimnazjum Klasyczne im. T. Rejtana, gdzie w 1933 r. otrzymał świadectwo dojrzałości. Poznał różne aspekty światopoglądowe, aby móc zbudować własny trakt myślenia i życia. Wstąpił na Wydział Lekarski Uniwersytetu Warszawskiego. Podczas studiów działał aktywnie w Kole Medyków na rzecz kolegów i środowiska. Dyplom lekarza otrzymał w 1939 r.

W kampanii wrześniowej walczył w grupie gen. Kleeberga, był członkiem ruchu oporu ZWZ, a potem AK. W latach 1943-44 był więźniem Pawiaka. W Powstaniu Warszawskim kierował szpitalem polowym. W listopadzie 1944 r. przejął organizację i stanowisko dyrektora szpitalnictwa na Pradze, a od stycznia 1945 również po drugiej stronie Wisły (…).

Pracę zawodową zaczynał w roku wybuchu wojny w Szpitalu Wolskim, tym tragicznym „szpitalu dobrej Woli” z pierwszych dni powstania. W 1941 r. zaczął operować w Instytucie Radowym przy Wawelskiej. To tu już po wojnie, w 1948 r. został kierownikiem kliniki chirurgicznej i pełnił tę funkcję przez ćwierć wieku. Od 1952 r. był wicedyrektorem Instytutu, a w latach 1972-85 dyrektorem naczelnym. Od 1975 do 1985 r. kierował Rządowym Programem Walki z Rakiem.

Zainicjował budowę Centrum Onkologii. W latach 1972-93 był pełnomocnikiem Ministra Zdrowia ds. budowy centrum. Tę uciążliwą drogę opisał w książce „Dać świadectwo prawdzie”. Od 1953 r. przez 33 lata był konsultantem krajowym w zakresie onkologii. Poseł na Sejm, członek Rady Naukowej Instytutu i Rady Naukowej przy Ministrze Zdrowia, członek Komitetu Odbudowy Zamku Królewskiego, członek zespołu doradców sejmowych i Rady Konsultacyjnej przy przewodniczącym Rady Państwa, prezes towarzystw lekarskich (nie tylko onkologicznych), Prezes Rady Krajowej YMCA. Autor 200 prac naukowych i ośmiu monografii. Tadeusz Koszarowski otrzymał najważniejsze odznaczenia i nagrody. Doceniono Jego szlachetność, kwalifikacje, spolegliwość, godność, charyzmę. W 2001 r. prezydent Kwaśniewski udekorował go Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski.

Ten szczególny profesor, którego zasług nie sposób przecenić, znał różne rodzaje pracy lekarskiej, w czasie okupacji był nawet lekarzem zakładowym u Wedla. Zawsze pamiętał, iż mimo tylu zaszczytów i tytułów przede wszystkim jest lekarzem, chirurgiem, walczącym o zdrowie chorego. Pamiętam Go z lat 60. Szedł korytarzem instytutu w chirurgicznym stroju, miał piękny profil i miły uśmiech. Widziałam, jak pozdrawiał spotykanych współpracowników, jak trzymał ich za ramiona z fraternizującą serdecznością. Widziałam także, jak nie ominął noszy z pacjentem niesionym do windy, jak podszedł, wziął go za rękę i pocieszał głosem czułego, zwykłego człowieka. To była dla mnie ważna, acz przypadkowa lekcja lekarskiego zachowania. Wiedziałam, że tylko ten człowiek może i powinien budować rację polskiej onkologii.

Prof. Tadeusz Koszarowski osiągnął wiele, można powiedzieć, że zdobył piedestał, a jednak dobrze pamiętał o korzeniach, o tych, którzy poprzedzili Go w dziele, o wielkiej Marii Skłodowskiej-Curie, o Franciszku Łukaszczyku, doceniał ich talenty i charyzmę. Wysoko cenił aktywność zaangażowanych społecznie w walkę z rakiem, stąd Jego obecność i poparcie dla Polskiego Komitetu Zwalczania Raka, a potem inicjatywa utworzenia Polskiej Unii Onkologicznej w imię zjednoczenia wszystkich rozumiejących wielki cel walki o życie i nadzieję chorych. (…)

Jolanta Zaręba-Wronkowska

Nasi przyjaciele